eMakulatura

Miłosne gry Marka Hłaski; B. Stanisławczyk

Wyd. Rebis
Poznań 2010
Stron 298

Osiecka, którą Hłasko nazywał Panną Thackqesse (Czaczkes) na wzór bohaterki przedwojennej komedyjki kryminalnej, mówiła o ich znajomości, że nie łączyło ich nic szczególnego. Wspomnienie o Hłasce ubiera wręcz w krótką znajomość°. Tymczasem Barbara Stanisławczyk przedstawia inną prawdę, zgodnie z którą Hłasko myślał nawet o związaniu się z Osiecką. Ale po cóż się dziwić… te dwie osoby były na wskroś niecodziennie i cechowała je skomplikowana natura. Być może – podług pewnej analogii – ich znajomość również nie mogła być oczywista, skoro każde było „zajęte swoimi sprawami, pędziło w swoim kierunku, a kiedy się spotkali przeżywali coś w rodzaju flirtu” (str. 110).

Wanda, którą Hłasko kilkakrotnie czynił bohaterką swoich opowiadań, również ma swój odpowiednik w rzeczywistości. Ba, o miano „Tej” Wandy wydają się dzisiaj upominać dwie Panie. Każda z nich twierdzi, iż nigdy nie traktowała na poważnie Hłaski jako kandydata na życie. Również wtedy, gdy klękał przed nimi na ulicy. Nawet, jeżeli miewały takie przebłyski, to trudna rzeczywistość, której zręcznym kreatorem był Hłasko, szybko niwelowała owe zapędy. W jednym obie Panie są zgodne – nigdy nie były przez matkę Hłaski postrzegane jako „pełnowartościowy produkt” godny uwagi jej syna.

hłaskoSprzeczności w Hłasce zdają się mnożyć. Można oceniać Hłaskę zarówno jako hipnotyzującego człowieka, jak i postać mroczną i nie wolną od postaw godnych krytyki. Ale niewątpliwie miał w sobie coś magnetycznego. Fascynował współczesne mu środowisko literackie (nie bez znaczenia jest tu epitet: na wskroś gejowskie). Wzdychali do niego mężczyźni i kobiety. Budził awersję w strukturach partyjno-rządowych. Wszystko można powiedzieć o Hłasce, poza tym, że był zwyczajny. Autorka podkreśla, że w związkach z mężczyznami Hłasko oczekiwał takich więzi, jakie opisywali Hemingway czy Steinbeck; opartych na jedności dusz i bezgranicznej lojalności, braterstwie na dobre i na złe (str.187). Dlatego przyjaźń z Hłaską była bardzo trudna i w purystycznym rozumieniu, często niemożliwa. Miał w sobie pewną nieugiętość wobec prawdy, którą z drugiej strony często przeinaczał wg swojej potrzeby. Dlatego też, pomimo wspaniałej przygody jakiej dostarczyła lektura książki, próba poznania Hłaski skazana jest na fiasko. To postać cholernie nieoczywista… Sam zainteresowany miewał trudności z opanowaniem własnego „sum„. Tym bardziej  nieco litościwie bawi potrzeba zaistnienia w życiu bohatera jako ktoś ważny dla Hłaski, która była dla wielu na tyle istotna, że po jego śmierci tych samo wielu próbowało skierować światła jupiterów na siebie. Piję w tym momencie bezpośrednio do dwóch Wand… Ostatnie dwa rozdziały, w których Panie pretendują do roli TEJ Wandy należałoby skwitować pobłażliwym uśmiechem i sentencją trochę o złocie, a trochę o milczeniu…
Ale takich manewrów nie brakowało również po stronie płci brzydkiej. Jakby z jednego punktu ważne było podkreślenie, że miało się status tej jednej kobiety w życiu Hłaski, a z drugiego jedynego wyłącznego przyjaciela. Tymczasem nietrudno odnieść wrażenie, że w życiu Hłaski była ważna tylko jedna kobieta – matka. Wszystko co potem, było próbą. Materią jej poddawaną były różne kwestie: stabilizacja, potrzeba akceptacji i zrozumienia, wspomniana już jedność dusz… ale to wszystko (stabilizacja, zrozumienie i jedność postrzegania i odczuwania świata) było przy Hłasce niemożliwe. A przynajmniej nie na dłuższą metę. Pędził w rewiry, w które większość ludzi tylko zagląda. A on chciał się w nich zatracać. Prawda jest natomiast piękna w matematyce i w chemii, a niekoniecznie w życiu…®

Jeżeli literatura potrzebuje bohaterów, to powinni być oni tacy jak Hłasko. Niepogodzeni ze światem, na swój sposób martyrologiczni i tacy, na których ramionach siedzą z lewej strony anioł a z prawej diabeł.
Nie ma natomiast potrzeby zrozumienia ich, a czuję, że książka miała być środkiem do osiągnięcia tego celu. To pierwsze, co mnie uwierało podczas lektury.  A można do samego bohatera przyłożyć fragment z książki. Oto on: „Eugeniusz Lasota, w latach pięćdziesiątych redaktor naczelny tygodnika „Po prostu”, prywatnie przyjaciel Hani Golde (najpoważniejszej z wybranek serca Hłaski, na wspomnienie o której podobno powiedział, że kochał tylko raz – przyp.), nie zgodził się z żadną opinią o niej. Z żadnym zdaniem. A kiedy miał ją określić, stwierdził: „Nie potrafię tego zrobić” (str. 43). To wręcz kalkowo pasuje do Hłaski.

Chociaż w perspektywie doświadczania to bardzo bolesne, to literacko przypadło mi do gustu określenie relacji, które Hłasko budował z kobietami: „łatwo przechodził od kwiatów do kopa, nie bardzo wiedząc, kiedy stosować jedno, kiedy drugie” (str. 59). Miał skłonność do „komplikacji uczuciowych” [zapożyczam to określenie z książki, ze strony 189, gdzie użyte zostało w nieco innej konwencji 🙂 ].

Mam przy okazji lektury dzisiejszej książki także nieco inną, oderwaną tematycznie refleksję. Wspomniałam wyżej o pierwszej kwestii, która mnie uwierała; a to oznacza, że była jeszcze co najmniej jedna. Owszem.
Nie brakuje w książce cytatów pochodzących z prywatnych korespondencji. Są to fragmenty listów okraszone szczegółami natury intymnej, prywatnej. Ale jest ich na tyle dużo, iż odniosłam wrażenie, że książką tą wlazło się z butami  w czyjąś głowę, duszę, serce. A, że przy okazji ktoś nie żyje, to i nie zgodzić się na takie zachowanie nie zdoła. I to mnie zmroziło… albowiem zacniej i bardziej etycznie byłoby wg mnie wyjąć fragmenty z cudzysłowów i poddać je narracji Autorki. Nawet, jeżeli realnie szło by o to samo, to odebranie wzmiankowanym licznym fragmentom charakteru wycinku z życia prywatnego byłoby wg mnie przyzwoitsze. Przeraża mnie świadomość, że tak łatwo można wziąć wypuścić ludzką duszę na poniewierkę tysięcy czytelników. Mam takie wrażenie, że są po prostu postaci, którym nie wypada grzebać w cor animie. Mają swoją tajemnicę, żyli z konflikcie z życiem (sic!) i próba dopowiedzenia niedopowiedzianego to jak malowanie trawy na zielono…

Bardzo mi się ta książka podobała – jakkolwiek podtrzymuję dwie powyższe uwagi.
A recenzję dedykuję Pani Małgorzacie Golińskiej, bez której nie miałabym pojęcia o tej książce. Dziękuję i pozdrawiam;

MB.

° https://goo.gl/3LxtZE
® zapożyczone – niebawem podpowiem skąd 🙂

o kabotynie – patrz: str. 193.

Najnowsze artykuły:

Kiedy w 2015 roku ukazała się książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”, nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że …

Narracja, którą przyjęła Autorka jest skąpa, a wręcz momentami uwierająca. Zdania nie ujmują swoją konstrukcją, ale w tej prostocie jest pełnia emocji. …

Małgorzata Babula

Małgorzata Babula

Co i dlaczego warto przeczytać?
Na co szkoda czasu i pieniędzy?
O tym jest eMakulatura.

Znajdziesz tu reportaże (te niedawno wydane i te, które warto sobie przypomnieć), kryminały (chociaż tych będzie niewiele), opowiadania (j.w.) oraz powieści (tych nieco więcej). Będzie trochę nowości, trochę “nieoczywistości” i garstka rzeczy zakurzonych, ale wartych przypomnienia.

Czasami wkradnie się coś poza protokołem.
Chętnie odpowiem też na Twoje pytania.

Cieszę się, że jesteś.
Małgośka Babula

Małgorzata Babula

Małgorzata Babula

Co i dlaczego warto przeczytać?
Na co szkoda czasu i pieniędzy?
O tym jest eMakulatura.

Znajdziesz tu reportaże (te niedawno wydane i te, które warto sobie przypomnieć), kryminały (chociaż tych będzie niewiele), opowiadania (j.w.) oraz powieści (tych nieco więcej). Będzie trochę nowości, trochę “nieoczywistości” i garstka rzeczy zakurzonych, ale wartych przypomnienia.

Czasami wkradnie się coś poza protokołem.
Chętnie odpowiem też na Twoje pytania.

Cieszę się, że jesteś.
Małgośka Babula