eMakulatura

Duchy Jeremiego; R. Rient

        Rient wyrywa swojego bohatera z dzieciństwa, którego chłopak, jak każde dziecko, próbuje trzymać się kurczowo. To przeciąganie liny między Autorem a jego bohaterem trwa przez całą książkę. I tylko matka chłopca oraz przyjaciółka domu, Pani Maria, wydają się zainteresowane żeby nie ograbiać dziecka z prawa do bycia dzieckiem. Ale też tylko one pozwalają chłopcu na pielęgnowanie naiwności traconej powoli wbrew regułom gry w bycie niedorosłym. Rient jest jak złe fatum, które ciosa w chłopaka razami… albo chorobą matki, albo żydowskim pochodzeniem, albo numerycznym tatuażem na ręce Pani Marii, albo wizytami u psychologa szkolnego.

           Jak mówi Rient – „lubię naiwność”. I to wyznanie zostanie obrócone poniekąd przeciw Autorowi w recenzji dokonanej przez Kurzojady. Tam Pan Szot pisze, że Rient ma dwa oblicza, a tym gorszym jest oblicze:
„dość egzaltowanego powieściopisarza, który zamiast skupiać się na akcji, grzęźnie w rozbudowanych rozważaniach. Miałem nadzieję, że w nowej książce więcej będzie Rienta-reportażysty, który zrównoważy zapędy Rienta-powieściopisarza. Okazja ku temu była doskonała – historie postholokaustowe, osadzone na powojennym, polskim gruncie wymagają sprawnego pióra. A jednak efekt pracy Rienta rozczarowuje. Mówiąc wprost – “Duchy Jeremiego” to kicz”.

Ja się z tym kompletnie nie zgadzam… ale nie zgadzam się również, że Rient chciał opowiedzieć o Holokauście. Owszem, zderzył bohatera z obozową przeszłością jego rodziny, z tymi, którzy przetrwali łagry… ale nie miałam momentu zarzutu wobec Autora o epatowanie żydowskością, zagładą i grzebaniem się w tym niewyczerpanym temacie. Dla mnie krytycy literaccy na siłę szukają nieodnajdywalnego, nazywają nienazywalne. Przeciętny czytelnik nie wie co powiedział Levi, Saltzman czy Wiesel i nic ich nie obchodzą intelektualne onanizmy nad martyrologią w literaturze. Zwykły zjadacz chleba szuka w opowieści historii i albo ją znajduje, albo nie. A potem może kontemplować, albo szybko zapomnieć. A Rienta się pamięta… właśnie dlatego, że w jego historii – a niech już niektórym będzie, że kiczowatej (ja się z tym nie zgadzam) – oko reporterskie jest w tym przeciąganiu liny. Równie dobrze Jeremim mógłby być nie dwunastolatek a dwudziestoletni młodzian. Trup w szafie skrywany przez wiele rodzin zawsze wypada z niej nie w porę. I zawsze owa rodzina nieporadnie tłumaczy ów smród zastanego bałaganu. A kurz tej zawieruchy opada powoli.

U Rienta jest to żydowskie pochodzenie (ale tylko w części), choroba matki (w części znacznie przeważającej) i konfrontacja ze starością ubraną w dziadka, tak odległego jak inna galaktyka, chociaż siedzącego na krześle obok. I nie zgodzę się, że ciotka jest osobą mitologizowaną… Ciotka pozwala uniknąć sytuacji patowej, w której chłopak zostaje realnie sam. Analogiczną rolę ma Pani Maria. Stają się piastunkami samotnego i zagubionego dziecka, tylko że jedna z nich – Pani Maria – jest osobą z zewnątrz i łatwiej jej chronić Jeremiego, a ciotka Estera to tłumacz świata dorosłych osadzony w samym centrum akcji. Zaangażowany emocjonalnie w powolne odchodzenie bliskiej osoby. Taki, który traci cierpliwość, który w obliczu własnych smutków próbuje uczyć chłopca rozumieć to co się dzieje po drugiej stronie lustra.

Ponownie Kurzojady:
„Gdyby Rient zatrzymał się na dwóch, trzech tematach i porządnie je opracował, dostalibyśmy (być może) przyzwoitą powieść obyczajową. Poprzez natłok wątków, które mają poruszyć czytelnika sprawił, że nie ma w tej literaturze miejsca na dysonanse i własne przemyślenia czytelnika, autor podaje wszystko “na tacy” i domaga się od nas reakcji. Można było tego uniknąć przez dodanie do powieści ironii i dystansu, puszczenie postmodernistycznego oka do czytelnika, które świadczyłoby o tym, że narrator ma świadomość korzystania z klisz, flirtuje z powieścią campową. Z “Duchami Jeremiego” jest trochę tak jak z dzieckiem, które weszło do sklepu z klockami Lego – można wybrać dziesiątki różnych klocków, ale nie wszystkich użyjemy do budowy domku. Rient spróbował wykorzystać każdy i, niestety, wyszedł mu literacki dziwoląg, zaskakujący w swej naiwności”.

A ja znowu swoje: miałam tu mnóstwo przestrzeni na własne przemyślenia. Na tacy dostałam tylko przeciwności losu, które przeciwnościami robimy my sami. A tak po prawdzie, to są to tylko zastane fakty. Co my z nich wykreujemy, to nasze. Bo życie jest tylko życiem ze wszystkimi swoimi niedostatkami. A my szarpiemy się w nim próbując nakierować na wytyczone przez nas tory. Tymczasem nie mamy wpływu na wszystko… a tak bardzo to przecież lubimy.

I owszem, zginęłabym pod stosem nazwisk tych już obecnych w recenzji Kurzojadów, i tych którymi by mnie zasypano, gdyby ktokolwiek zechciał się pochylić nad moją skromną osobą skrytą w tej recenzji. Ale nie smakuję książek w ten sposób… W książkach szukam treści i albo ją znajduję, albo nie. Albo jest ona spójna, wiarygodna i jadalna, albo po prostu na słowie „książka” kończy się jej sens.
Na marginesie dodam, że o cytowaniu innych pięknie i mocno zabawnie wypowiedział się Wojewódzki w rozmowie dla Onetu (o tu: https://goo.gl/YCAkLj)…

Rient:
„Nie mogłem i nie chciałem przeskoczyć narracji Jeremiego, który o swojej żydowskiej tożsamości dowiaduje się znienacka i najpierw ją odrzuca. Możemy towarzyszyć mu w drodze, podczas której mierzy się z niechcianym dziedzictwem. Unikałem dopowiedzeń, pozwalając czytelnikom wyciągnąć wnioski”.jeremi

Ale ja mam wrażenie, że wszyscy zafiksowali się na punkcie żydowskiego pochodzenia,  pytają Autora o tę żydowskość… my Polacy mamy cały czas radary nastawione na słowo Żyd. I coraz częściej wątpię, że wynika to z pewnej wrażliwości i pamięci dla meandrów przeszłości, czy dlatego, że nie potrafimy w słowach definiujących pewną tylko cząstkę człowieka dostrzec właśnie jej ułamkowości. Gej to pedał i tyle. Żyd, to żyd i może jeszcze ew. ofiara Holokaustu, a ktoś kto idzie ulicą i mówi sam do siebie to tylko wariat. Całkowicie nieudolnie zamykamy wiele elementów w jednym słowie udając że zaglądamy głębiej niż tylko powierzchownie, a prawda jest taka, że patrzymy, ale nie widzimy. W tych recenzjach, nad którymi się pochyliłam, w tych rozmowach z Autorem, które przeczytałam, środek ciężkości cały czas tkwił w żydowskim zapleczu historii. A dla mnie było tam przede wszystkim o stracie. Matki. O stracie gruntu pod nogami. Bo za tym jednym ubytkiem szło wszystko inne.

Rient w cytowanej już rozmowie dodaje, że nie chciał napisać książki o tym jak traktować Żydów, jak radzić sobie i eliminować ksenofobię, etc. Dodał również:
„Poszukuję siły i wartości w tym, co łatwo rozdeptać, w tym co czułe, ciche. Duchy Jeremiego są próbą opowieści o niedoskonałej rodzinie, w której brakuje ludzi i umiejętności wyrażania siebie wprost. To próba spotkania się z własnymi duchami, dziecięcą, czasami zapomnianą naiwnością”.

I ja to wszystko u Rienta znalazłam. To jest piękna, czuła opowieść wymagająca tylko jednego: wielkiej wrażliwości, albo przynajmniej umiejętności patrzenia ponad horyzont i dostrzegania tego, co nie zostało nazwane wprost. Naiwności, której – podobnie jak Autor – hołduję.

MB.

Wielka Litera
2017
Stron: 295.

 

Najnowsze artykuły:

Kiedy w 2015 roku ukazała się książka Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”, nie było dla mnie dużym zaskoczeniem, że …

Narracja, którą przyjęła Autorka jest skąpa, a wręcz momentami uwierająca. Zdania nie ujmują swoją konstrukcją, ale w tej prostocie jest pełnia emocji. …

Małgorzata Babula

Małgorzata Babula

Co i dlaczego warto przeczytać?
Na co szkoda czasu i pieniędzy?
O tym jest eMakulatura.

Znajdziesz tu reportaże (te niedawno wydane i te, które warto sobie przypomnieć), kryminały (chociaż tych będzie niewiele), opowiadania (j.w.) oraz powieści (tych nieco więcej). Będzie trochę nowości, trochę “nieoczywistości” i garstka rzeczy zakurzonych, ale wartych przypomnienia.

Czasami wkradnie się coś poza protokołem.
Chętnie odpowiem też na Twoje pytania.

Cieszę się, że jesteś.
Małgośka Babula

Małgorzata Babula

Małgorzata Babula

Co i dlaczego warto przeczytać?
Na co szkoda czasu i pieniędzy?
O tym jest eMakulatura.

Znajdziesz tu reportaże (te niedawno wydane i te, które warto sobie przypomnieć), kryminały (chociaż tych będzie niewiele), opowiadania (j.w.) oraz powieści (tych nieco więcej). Będzie trochę nowości, trochę “nieoczywistości” i garstka rzeczy zakurzonych, ale wartych przypomnienia.

Czasami wkradnie się coś poza protokołem.
Chętnie odpowiem też na Twoje pytania.

Cieszę się, że jesteś.
Małgośka Babula